Zarządzanie

Wysoko zakasane rękawy
Dlaczego (i czy) Polska?

21 września 2020

O tym, co obecnie powinny zrobić władze, aby głośne hasła o odporności polskiej gospodarki na „koronakryzys” nie okazały się zwykłą utopią, rozmawia Marek Loos, redaktor naczelny czasopisma „Transport Manager”, z Andrzejem Sadowskim, prezydentem Centrum im. Adama Smitha i członkiem Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie Rzeczypospolitej Polskiej.

Marek Loos: Dlaczego słyszymy ostatnio często opinię, że polska gospodarka wyjdzie z pandemii i „koronakryzysu” szybciej i z mniejszym uszczerbkiem niż inne gospodarki świata. Wielu ekonomistów twierdzi, że jest to związane ze strukturą polskiej gospodarki, ponieważ mamy więcej podstawowej, prostej produkcji dóbr powszechnie potrzebnych. Na przykład w Polsce, jedynym państwie Unii Europejskiej, ostały się szwalnie. Nie wszystkie z nich zostały zamknięte, a produkcja przeniesiona na wschód, gdzie są tańsze koszty pracy. Innym powodem jest to, że branże najbardziej dotknięte przez pandemię, takie jak turystyka, stanowią niewielki odsetek naszej gospodarki.

Andrzej Sadowski: Po doświadczeniu spekulacyjnego krachu na rynkach finansowych w 2008 r. Deutsche Bank przedstawił raport, z którego wynikało, że gospodarki takich krajów jak Polska czy Grecja lepiej i szybciej radzą sobie z kryzysem, głównie dlatego, że mają bardzo duży udział „szarej strefy” w gospodarce i tym samym w narodowym PKB. Znaczny udział „szarej strefy” – według Deutsche Banku – powoduje, że gospodarka w wypadku uderzenia kryzysu zachowuje się jak gąbka, czyli przyjmuje cios, odkształcając się, ale łatwiej powraca do poprzedniego kształtu. Z kolei niemiecką gospodarkę analitycy Deutsche Banku porównali z diamentem, który choć dobrze oszlifowany, pod wpływem uderzenia może pęknąć i się rozpaść.


Na czym polega „gąbczasta elastyczność” gospodarek zawierających rozbudowaną „szarą strefę”?

„Szara strefa”, a raczej precyzyjnie – gospodarka nierejestrowana – jest formą obrony koniecznej i stanem wyższej konieczności życiowej. Przypomnijmy sobie krawcową z Podlasia, o której pracy dowiedzieliśmy się z przemówienia premiera. Krawcowa, prowadząc działalność nierejestrowaną, zarabia około 900 złotych. Gdyby założyła działalność jednoosobową, musiałaby zapłacić ponad tysiąc złotych samego podatku ZUS, czyli do swojej pracy dopłacałaby rządowi. „Szara strefa” jest sposobem na przeżycie nie tylko dla krawcowej, ale także daje szansę pracy osobom zwalnianym w oficjalnej gospodarce, jest amortyzatorem dla przeregulowanych przez rządy gospodarek, do których należy również nasza. Im więcej przepisów i wyższych podatków w państwie, tym większy jej rozmiar. Znaczny rozmiar gospodarki nierejestrowanej w Polsce pozwoli szybciej odrobić straty i zbliżyć nas do wskaźników ekonomicznych sprzed zapaści wywołanej zamknięciem przedsiębiorstw. Zauważmy, że dopiero na początku 2020 r. gospodarki Unii Europejskiej zaczęły osiągać poziom sprzed spekulacyjnego krachu z 2008 r. We Włoszech dopiero w styczniu 2020 r. osiągnięto np. poziom spłaty kredytów hipotecznych sprzed 2008 r. Jeszcze przed ogłoszeniem pandemii gospodarki krajów unijnych znajdowały się w trudnej sytuacji i nie wyszły z kryzysu 2008 r. Z kolei polska gospodarka po ponad dekadzie nie osiągnęła poziomu wzrostu PKB sprzed wspominanego krachu.

 

To bardzo ciekawe. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Czy rozbudowana „szara strefa” jest, pana zdaniem, jedynym powodem tego, że nasza gospodarka ma szansę szybciej wyjść z „koronakryzysu”?

Potencjał, zaradność i przebojowość naszych przedsiębiorców są legendarne w skali Europy, i nie tylko. Kilka lat temu na konferencji „Transport Managera” zaprezentowałem fotografię z momentu zatrzymania polskiego kierowcy ciężarówki. Proszę sobie wyobrazić, że pomieścił na niej aż pięć samochodów osobowych i dostawczych, odpowiednio je ustawiając! Europejscy policjanci szukali paragrafu na taki „proceder” optymalizacji transportu, ale go nie znaleźli. To jedno zdjęcie więcej mówi o naszej przedsiębiorczości niż niejeden podręcznik. W tym samym czasie do kanclerz Niemiec udała się delegacja niemieckich przemysłowców z prośbą o wskazanie, co mają robić w tej kryzysowej sytuacji? Jak mają konkurować z Polakami? Usłyszeli odpowiedź, żeby wzięli przykład z Polaków, którzy nie chodzą po politykach, tylko zakasują rękawy. Znamienne jest, że polscy przedsiębiorcy szybciej usłyszeli pochwałę ze strony przywódcy obcego państwa niż własnego.

 

Aby jednak polska gospodarka wyszła z kryzysu, nie chodzi chyba o rozbudowywanie „szarej strefy” lub pochwały Angeli Merkel. Potrzebne jest stworzenie przedsiębiorcom przez rządzących warunków bogacenia się, a wówczas lepiej będzie się żyło wszystkim – również pracownikom.

Potencjał tkwiący w polskich przedsiębiorstwach z najnowocześniejszymi technologiami na kontynencie oraz kompetentnymi pracownikami to jedna rzecz, a pozwolenie na pełne wykorzystanie jego możliwości to domena władzy. Jeżeli po zakazie działalności gospodarczej zostaną przywrócone i utrzymane wcześniejsze utrudnienia administracyjne i fiskalne wobec przedsiębiorców (cała ta mitręga biurokratyczna, która szczególnie daje się we znaki przemysłowi transportowemu), to gospodarka będzie się dłużej i kosztowniej podnosiła. Przywrócenie dotychczasowych utrudnień po zakazie działalności jest dziś w Polsce moralnie nieakceptowalne i budzi coraz większy sprzeciw. Jeżeli rząd nie przeprowadzi procesu zamiany administracji państwowej w sektor wysokiej jakości usług dla przedsiębiorców, to ciężko będzie podźwignąć się z zapaści. W wielu innych krajach administracja państwowa dostarcza przedsiębiorcom najwyższej jakości usługi.

 

Czy rola rządzących w zwalczaniu kryzysu powinna polegać również na wprowadzaniu fiskalnych zachęt, stymulacji i ułatwień dla przedsiębiorców?

Przedsiębiorców do pracy nie trzeba zachęcać ani stymulować. Po to zostaje się przedsiębiorcą, aby pracować na własny rachunek. Potrzebują nie zachęt, ale rozwiązań i zasad jednoznacznych i prostych jak w Dekalogu. Rząd powinien – nawet kosztem zwiększenia długu publicznego, który jest mniejszym złem – na okres przejściowy obniżyć podatki, jak zrobiono już w sąsiednich krajach. Jeżeli utrzyma dotychczasowe opodatkowanie, a co gorsze – zwiększy je, to doprowadzi do wydłużenia okresu wychodzenia z zapaści albo do wprowadzenia gospodarki w kryzys. Firmy, które jeszcze nie wyszły z kłopotów związanych z administracyjnym zakazem działalności, są jak rozpędzające się na pasie startowym, dociążone samoloty, które mają problemy ze wzbiciem się w powietrze. Dołożenie firmom nowego balastu w postaci kolejnych tytułów płatniczych spowoduje, że zamiast ponownie wystartować, będą szorować „brzuchem” po pasie startowym. Każdy rząd do tej pory padał ofiarą manipulacji ze strony swojego aparatu. Wymuszał on na rządzących zwiększanie ciężarów podatkowych dla przedsiębiorców oraz obywateli za pomocą arkusza kalkulacyjnego. Wynikało z niego, że każde zwiększenie obciążeń podatkowych da większe wpływy. W krótkim czasie rzeczywiście do budżetu trafiało więcej pieniędzy, ale później następowały poważne spadki dochodów. W tej sytuacji znów proponowano podwyżki podatków na „okres przejściowy”, jak podatku VAT. Potwierdzeniem tej niszczącej Polaków zasady jest bezterminowe utrzymanie przez kolejny rząd wyższej stawki tego podatku, która miała być „tylko na chwilę”. Jest to wynik błędnego oraz szkodliwego stosowania wyłącznie arkusza kalkulacyjnego do doraźnej poprawy wpływów do budżetu.

 

Historia ekonomii dowodzi, że zmniejszenie podatków najpierw wywołuje stosunkowo krótki okres spadku wpływów budżetowych, a następnie ich zdecydowany wzrost, ponieważ więcej osób i przedsiębiorstw stać na płacenie podatków. Tak było w Estonii w drugiej połowie lat 90., czy w Rosji, gdzie po wprowadzeniu trzynastoprocentowego podatku liniowego wpływy budżetowe zaczęły lawinowo rosnąć. Te fakty udowadniają, że gospodarka to nie tylko matematyka (której symbolem jest wskazany przez pana arkusz kalkulacyjny), ale przede wszystkim socjologia i psychologia. Stare żydowskie przysłowie mówi, że jeżeli złodziej nie ma powodów do kradzenia, to nie kradnie. Teraz rząd chwali się, że od 2021 r. wprowadzi „estoński CIT” w wysokości 9 proc. Będą mogły z niego korzystać małe i średnie spółki kapitałowe (z ograniczoną odpowiedzialnością i akcyjne), których przychody nie przekraczają 50 milionów złotych i zatrudniają co najmniej trzy osoby. W Polsce to kryterium spełnia niemal 97 proc. wszystkich spółek kapitałowych i spółek, w których udziałowcami są wyłącznie osoby fizyczne. Oznacza to, że może z niego skorzystać zdecydowana większość polskich podatników CIT (około 200 tysięcy firm). Czy obniżka tego podatku wystarczy, żeby pobudzić gospodarkę?

Porównajmy sytuację polskiego przedsiębiorcy w Polsce i w Estonii, bo wielu polskich przedsiębiorców ma estońską e-rezydenturę i certyfikowany podpis elektroniczny, które można uzyskać przez Internet za 100 euro.

 

Dlaczego polscy przedsiębiorcy rejestrują swoje firmy w Estonii?

W Estonii polski przedsiębiorstwa zużywa na rozliczenie podatków około 150 godzin rocznie, a w Polsce aż 260 godzin. Jest to o około dwie godziny tygodniowo więcej. Większe zużycie i ewidentna strata czasu w Polsce wynika m.in. z praktyki naszego aparatu administracyjnego, który traktuje przedsiębiorcę jak przestępcę i stosuje domniemanie jego winy. W Estonii jest dokładnie na odwrót. Tylko co piąty przedsiębiorca w tym kraju korzysta z usług doradców podatkowych, z których w Polsce muszą korzystać nawet mikroprzedsiębiorcy. Rząd Estonii co do zasady ufa przedsiębiorcom. „Przesadzenie” estońskiego CIT do polskiej gleby, która jest zachwaszczona przez szkodliwe przepisy oraz „kulturę korporacyjną” aparatu skarbowego, wykorzystywanego politycznie jako aparat represji, nie przyniesie zmiany jakościowej. Nie będzie tłumów inwestorów ze świata czy samej tylko Europy. Dzisiaj estońskie państwo wykorzystuje technologię blockchain dla dostarczania obywatelom i przedsiębiorcom najlepszej jakości usług, aby oszczędzać ich czas. Za wykorzystanie blockchain w systemie opieki zdrowotnej Estonia w 2017 r. na World Government Summit w Dubaju otrzymała nagrodę w kategorii najlepszej nowej technologii rządowej.

 

Sugeruje pan, że implementacja estońskiego podatku CIT w Polsce wymaga u nas wprowadzenia wcześniej zmian systemowych.

Kopiowanie jest pierwszym warunkiem innowacyjności, ale skoro przez kilkadziesiąt lat nie skopiowaliśmy lepszych rozwiązań estońskich z obszaru administracji, to przenoszenie jednego tylko elementu z Estonii, bez otaczającego go przyjaznego i wysokiej jakości serwisu, nie przyniesie zapowiadanego efektu. Zauważmy, że zwłaszcza wielkie zagraniczne korporacje, obecne w Polsce przez ostatnie dekady, nie płaciły w ogóle podatku CIT. Jeżeli nie płaciły go przy stawce 19 proc., to zapewne nie będą również go płacić, kiedy będzie niższy. Poza tym Polska może mieć rozwiązania lepsze niż Estonia.

 

O jakich rozwiązaniach pan mówi?

Centrum im. Adama Smitha od dwudziestu kilku lat proponuje kolejnym polskim rządom podatek przychodowy. Może dalej nazywać się CIT. Nasza propozycja uwalnia rząd i jego instytucje administracji podatkowej od czasochłonnego i nieustającego badania kosztów działalności gospodarczej przedsiębiorców. Podatek jest naliczany od wartości wystawionych faktur. Kilkanaście lat temu zasymulowaliśmy na ówczesnym budżecie przychody z tytułu tego podatku.

Przy jednoprocentowej stawce od 20 lat dawałby wpływy budżetowe dwa razy większe niż przy dziewiętnastoprocentowej stawce „tradycyjnego” CIT. Obecnie „nasz” podatek musiałby wynosić 1,5 proc. Znikają koszty całej tej gry operacyjnej między przedsiębiorcami i urzędnikami skarbowymi o uznanie kosztów. Urzędnik skarbowy nie zadałby już właścicielowi firmy pytania podczas jednej z kontroli: „Czy herbatę, którą pan mnie poczęstował, zaliczył pan w koszty działalności pańskiej firmy?”. Według urzędnika koszt herbaty, którą wypił, nie może zostać wliczony.

 

Wasza propozycja uniemożliwiłaby dokonywanie takich manipulacji, bo podatek przychodowy jest prosty i szczelny. O ile wiem naliczanie jego wysokości odbywałoby się bez udziału podatników, ponieważ urzędy skarbowe miałyby dostęp do kont i naliczały podatek od generowanego przychodu.

Proponujemy polskiemu rządowi podatek przychodowy CIT w wysokości 1,5 proc. Budżet zyskałby niemal trzy razy wyższe przychody niż z obecnego, dziewiętnastoprocentowego CIT. Zauważmy, że podatek o takiej konstrukcji w Polsce obowiązuje na pewnym niewielkim wycinku finansów – jest to „podatek Belki”. Proszę sobie wyobrazić, że podatek przychodowy od zysków kapitałowych ponad dziesięciu milionów swoich klientów bank PKO BP może zapłacić jednym przelewem do jednego urzędu skarbowego. Jego prostota i skuteczność może kojarzyć się z reklamą środka przeczyszczającego z lat międzywojennych, która głosiła, że „czyści skutecznie, nie przerywając snu” (śmiech do rozpuku nas obu).

Podatek przychodowy oznacza nieprawdopodobne zwiększenie wpływów do budżetu, a dla przedsiębiorców – zmianę jakości prowadzenia działalności gospodarczej. Ustają powody ukrywania właściwego rozmiaru aktywności firmy. Zanika szara strefa, a pozostaje tylko przestępczość – ścigana karnie.

 

Naturalnie rodzi się pytanie: dlaczego żadna z dotychczasowych koalicji rządowych nie wprowadziła tego podatku, skoro on tak skutecznie zasila budżet. Stanowiąc ledwie odczuwalne obciążenie dla podatników, jest ekstremalnie tani w ściąganiu i nieodczuwalny administracyjnie dla płacących.

System podatkowy w Polsce pełni funkcję bardziej policyjną niż fiskalną. O ile w totalitarnym systemie komunistycznym tylko nieliczni mieli swoje teczki w policji politycznej, o tyle w systemie demokratycznym każdy obywatel ma swoją teczkę w urzędzie skarbowym oraz sam na siebie musi składać donosy, czyli PIT – i to pod karą grzywny. Policyjny system podatkowy jest bezpośrednim efektem wprowadzenia i utrzymywania podatku dochodowego, jakim są PIT i CIT. Szczytem absurdu jest płacenie tego podatku przez rząd samemu sobie i to bez żadnych korzyści, a wyłącznie ponosząc koszty. Rząd wypłacając z budżetu świadczenia społeczne, jak renty i emerytury, sam sobie pobiera ten podatek. Te same pieniądze przy niższym koszcie i przy prostych rozwiązaniach też będą wpływały do budżetu państwa. Każdemu rządowi ponawiamy naszą propozycję, uważając, że polityka i rządzenie też powinny opierać się na wiedzy i doświadczeniu.

 

Czy w związku z tym wierzy pan, że obecnie rządzący wyprowadzą Polskę z koronakryzysu?

Z kryzysu wyprowadza nas ten, kto sprawuje władzę. Mając władzę, można czynić dobro, a nie tylko przekopać kanał. Skoro rządzący pracują dla idei, to racjonalną ich motywacją jest zapracowanie na swoje nieprzemijające miejsce w historii Polski. Kryzys daje im wyjątkową sposobność. Mam nadzieję, że wykorzystają swoją historyczną szansę.

 

Jak można by pomóc całej naszej gospodarce wchodzącej w koronakryzys?

W 2019 r. wprowadzono ustawę, która likwiduje długotrwałe procedury uzyskiwania pozwoleń na inwestycje. Ustawa dotyczy tylko okolic portów Gdyni, Gdańska i Świnoujścia. Minister słusznie zauważył, że nie możemy sobie pozwolić na tak długi czas oczekiwania na pozwolenia potrzebne do rozpoczęcia inwestycji. Zaproponowałem, aby co do zasady dobrodziejstwo wynikające z likwidacji biurokratycznej mitręgi rozciągnąć na całą Polskę.

 

Podobnie niejednokrotnie pojawiały się postulaty, żeby cała Polska była jedną wielką specjalną strefą ekonomiczną. Można bowiem zadać pytanie, czym różni się obszar przed i za płotem tej strefy, jeżeli panują na nich zupełnie różne warunki prowadzenia działalności gospodarczej?

Fizycznie niczym. Centrum im. Adama Smitha od dekad postuluje, żeby cała Polska stała się jedną specjalną strefą ekonomiczną. Premier co prawda to poparł i ogłosił, że nasz kraj w całości będzie strefą ekonomiczną, ale do tej pory nic realnie w tej sprawie nie zostało zmienione. Rządzący Polską po doświadczeniu zapaści spowodowanej administracyjnym zamknięciem przedsiębiorstw mają paradoksalnie większy wybór rozwiązań. Mogą dokonać dalej idących zmian niż wprowadzała ustawa Wilczka w 1988 r. Rząd nie wyprowadzi społeczeństwa z kryzysu, czekając na tzw. unijną pomoc jak na mannę z nieba oraz stosując dotychczasowe biurokratyczne podejście go gospodarki. Bezprecedensowa w historii demokratycznej Polski zapaść wymaga również bezprecedensowych rozwiązań.


Dziękuję za rozmowę.


Artykuł ukazał się w nr 4(28) sierpień-wrzesień 2020 czasopisma „Production Manager”.